Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kręciwszy czarnym dymem stojącego poniżej parowca, przysłonił nim nagle oczy Ryszarda. Chcąc się uwolnić od oślepiającej firanki, Dick odwrócił się i ujrzał... Maisie.
Nie, nie mogła tu zachodzić żadna pomyłka. Wprawdzie lata ubiegłe zamieniły dziecko w kobietę, lecz nie odebrały jej ani wielkich, siwych oczu, ani delikatnych ust szkarłatowych, ani silnie zarysowanego podbródka. Dla dopełnienia zaś podobieństwa, miała ona na sobie, jak w owych dawnych czasach, obcisłą, szarą sukienkę.
Ponieważ duch ludzki jest czemś odrębnem, niepodlegającem rozkazom własnej nawet woli, Heldar więc poruszył się żywo i, zanim miał czas zastanowić się, co czyni, już na usta jego wybiegł znany im obojgu okrzyk żakowski:
— Hola! Hola! Stój!...
Maisie poznała go natychmiast.
— Ach, to ty, Dick’u?
I znów, wbrew własnej woli, a zanim mózg, zajęty przed chwilą obliczaniem zysków, zdołał wydać stosowne rozkazy i zapanować nad nerwami, Heldar poczuł, że każdy puls jego drży i bije szalenie, że podniebienie zaschło mu nagle w ustach. Opona z mgły zasunęła się tymczasem, kryjąc napowrót słońce;