Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


barwnego tłumu. Niektóre oblicza nosiły wyryte na sobie piętno śmierci. Dick nie pojmował, jak ludzie ci mogą mówić, jak zdołają śmiać się jeszcze. Inni, niezdarni najczęściej, źle zbudowani, mieli oczy promieniejące błyskiem miłości. Obok nich przesuwały się postacie, pracą i troską zgnębione. Dla Heldara każdy był materyałem, był stopniem do nowego dzieła. Ubodzy muszą pozwolić, aby się na nich uczył; bogaci muszą mu za pracę tę zapłacić. Zarówno bowiem powodzenie jego, jak suma składana w banku, powinny rość ciągle, powinny i pójdą w górę. Tem lepiej, że skończył z przeszłością. Dosyć się już nacierpiał, dosyć zniósł w życiu. Teraz, stanąwszy na bitym gościńcu powodzenia, on będzie brał opłatę od wszystkich, od wszystkich!...
Blade słońce, rozsunąwszy mgłę w tej chwili, odbiło się jak tarcza krwawa na wodzie. Dick patrzył dopóty w odblask jej purpurowy, aż łoskot fali, rozbijającej się o kamienne filary mostu, zamienił się dla niego w daleki szum morza... Dziewczę, przytulone silnie do piersi rozkochanego chłopca, wołało równocześnie na kozę, pasącą się obok: „A idźże precz, ty zwierzę szkaradne!...“
I podmuch tego samego wiatru, który przed chwilą rozdarł gęstą mgły zasłonę, za-