Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w Port-Said, wtedy zdwajaliśmy zwykle stawkę. Ma zamiar malować Melancholię. Dobrze. Zobaczymy! Jestem pewny, iż brak jej ku temu talentu, brak siły, brak techniki; pozostają więc dobre chęci tylko. Cięży nad nią klątwa połowiczności. Unika rysunku, bo to praca gruntowna, poważna; z drugiej zaś strony, pobija mnie wytrwałością. Skoro tak, pokażę, że i ja pobić ją potrafię i to na własnym jej gruncie, na temat owej Melancholii. Powiada, że umiem tylko malować krew i kości, krew, której ona nie ma snać wcale w żyłach. A jednak ja kocham ją taką, jaką jest; kocham uczuciem silniejszem nad życie i dlatego właśnie muszę pokonać tę jej próżność niebotyczną. Chce malować Melancholię, a więc i ja stworzę Melancholię. Tchnę w nią całego ducha, całą siłę i niech to raz wszystko pióru... niech Pan Bóg błogosławi!
Pomysł jednak nie przychodził na zawołanie, a myśl Heldar’a nie mogła się oderwać od projektowanego wyjazdu Maisie.
Pierwsze szkice do Melancholii, pokazywane przez nią następnej niedzieli, mało go zajęły. Czas biegł tymczasem chyżo, unosząc na skrzydłach swych tydzień za tygodniem, tak, że wkrótce już miał nadejść dzień, w którym wszystkie dzwony Londynu, bijąc razem, nie