Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Patrz, jaki z Dick’a samolub: odszedł wtedy właśnie, gdy chciałam mu opowiedzieć cały pomysł do nowego obrazu.
Zatrzymała się, rysy towarzyszki jej bowiem niezwykły przybrały wyraz. Otworzyła wargi, jak gdyby pod przemocą cisnących się na nie słów gwałtownych. Rozwaga wszakże wzięła górę. Usiadła w milczeniu, pogrążając się w powtórnem czytaniu The city of dreadful Night.
Heldar, znalazłszy się tymczasem w parku, chodził dokoła jednego i tego samego drzewa, które od wielu już niedziel służyło mu za wiernego powiernika uczuć wzburzonych. I teraz klął głośno. Gdy zaś mowa angielska okazała się niedość w kierunku tym wyrobioną, tłumiona wściekłość artysty szukała ujścia w okrzykach arabskich, jakby umyślnie na to stworzonych, by niosły ulgę w chwilach ulania się żółci.
Nagroda, otrzymana dzisiaj za wierne służby, nie podobała mu się wcale. Z siebie był również niezadowolony. Sporo też czasu upłynęło, zanim na usta jego wybiegł zwykły aforyzm, iż królowa nie może się mylić.
— Przegrana partya — mówił. — Wobec innej zachcianki niknę z jej oczu, tracę całą wartość. Gdy jednak karta nie dopisała nam