Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Muszę. Mój obraz tego wymaga.
— Twój obraz... ba!... Nie, nie, najdroższa, ja tego nie chciałem powiedzieć. Masz racyę; naturalnie, że masz racyę. Rzecz prosta, iż musisz poświęcić się twemu dziełu; tylko... tylko ja już pożegnam cię na ten tydzień.
— Nie zostaniesz nawet na herbacie?
— Nie; dziękuję. Wszak pozwalasz mi odejść, najdroższa? Nie potrzebujesz dziś nic ode mnie, prawda? O rysunku zaś nie myśl wcale. Mniejsza o niego.
— Żałuję, że nie możesz zostać; pogawędzilibyśmy o moim obrazie. Widzisz, gdy jeden tylko utwór zyska rzeczywiste powodzenie, zwraca natychmiast uwagę na wszystkie inne; a wiem, że niektóre z prac moich są dobre, zupełnie dobre... Niepotrzebnie więc tak szorstko wyrażałeś się o nich.
— Przepraszam cię. Co zaś do Melancholii, będziemy mówić o niej którejkolwiek innej niedzieli. Wszak pozostaje nam jeszcze cztery. Tak... jedna, dwie, trzy, cztery... do dnia twego wyjazdu. Bądź zdrowa, Maisie!
Gdy rudowłosa impresyonistka weszła napowrót do pracowni z dziwnym jakimś na pobladłych ustach wyrazem, Maisie, stojąca u okna, zwróciła się ku niej: