Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chciała i nie mogła się zastanawiać — wszak na to dość będzie jeszcze czasu. Dziś obowiązkiem jej było śpieszyć do Dick’a, do człowieka, dla którego jedyną pociechę stanowiło obracanie w palcach nierozpieczętowanych jej listów.
— Cóż będziesz sama jedna robić tutaj? — pytała na odjezdnem rudowłosej.
— Ja? Czyż warto mówić o mnie? Zostanę i spróbuję kończyć twoją „Melancholię“ — odparła impresyonistka z bolesnym uśmiechem. — Pisz tylko do mnie.
W Vitry-sur-Marne krążyła dnia tego fantastyczna legenda o olbrzymim Angliku, wpół-szalonym, wskutek upału zapewne, i o dziwnem jego zachowaniu. Spadł jak burza, upoił całą załogę garnizonową, chwycił konia oficerskiego, a pojechawszy do miasteczka, wykradł tam jedną z tych cudacznych rodaczek swych, które przyjeżdżały na studya do sławnego Monsieur Kami.
— Dziwaczki! — zapewniała Zuzia swego rekruta na zwykłej schadzce. — Dziwaczki jedna w drugą. Ta, na przykład, chodziła z temi wielkiemi oczami, jak pół-senna, nie widząc, co się dokoła dzieje. Na odjezdnem zaś pocałowała mię w oba policzki, nazwała siostrą i dała mi, patrz... całe dziesięć franków!