Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dick zaniewidział. Jakiś człowiek przywiózł mi przed chwilą wieść tę z Anglii. Listów nie miałam już od dawna.
— Jedziesz do niego?
— Nie wiem. Muszę pomyśleć.
— Myśleć! A ja lotem ptaka byłabym w Londynie i dopóty całowałabym te oczy biedne, ażbym im wolą mą i pieszczotą światło przywróciła! Jeżeli ty się wahasz, to ja pojadę! Nie, co też wygaduję! To z twojej winy, zimna egoistko! Jedź natychmiast! Rozumiesz? jedź!
Cierpliwość, z jaką Torpenhow, pomimo grubych kropli potu, zlewających mu czoło, czekał wciąż przed domem, nagrodzoną została. Na progu stanęła Maisie.
— Pojadę! — wyszeptała z oczami spuszczonemi ku ziemi.
— W takim razie proszę być o 7-ej wieczorem na stacyi Vitry.
Polecenie wydane było tonem rozkazu nieledwie. Maisie przyjęła je w milczeniu, zadowolona prawie, iż olbrzym ten nie zostawia jej czasu na uwagi i namysły, że, nie pytając jej o radę, sam z góry wszystkiem rozporządza.
Reszta dnia upłynęła wśród gorączkowych przygotowań do wyjazdu, narad z Kami’m i pocałunków (nie wielu, co prawda) z tonącą we łzach rudowłosą towarzyszką. Maisie nie