Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nią, a przysmaczkami żywionej. Amomma więc pozwoliła sobie połknąć dwa naboje. Posłyszawszy to, Maisie pobiegła przeliczyć pozostałe, w nadziei, że Dick pomylił się może.
— Tak, zjadła dwa ładunki.
— Szkaradne zwierzę! Teraz będą podskakiwały w niej dopóty, aż same wybuchną i wystrzelą. Dobrze jej tak...
— Och, Dicku! Czy ja cię zabiłam?
Rewolwery nie są bezpieczną zabawką dla małych rączek. Maisie nie wiedziała, jak się to stało; naraz jednak obłok dymu oddzielił ją od Ryszarda i wtedy to była pewną, że lufa wystrzeliła wprost w jego oczy. Równocześnie posłyszała plucie gwałtowne i przerażona osunęła się przy nim na kolana.
— Dicku! — wołała z płaczem — czy ja cię zraniłam? — Dicku, ja nie chciałam, to nieumyślnie!
— Wiem przecież, że nieumyślnie! — ofuknął, wynurzając się z dymu i ocierając uczernione policzki. — Oślepiłaś mnie prawie z tem wszystkiem. Tfu! jak ten proch czuć obrzydliwie!...
Błyszczący kawałek szarego ołowiu, spłaszczony o kamień poblizki, wskazywał, gdzie poszła kula, która o mały włos chłopca nie zabiła.