Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Maisie zaczęła popłakiwać.
— Dajże pokój — mówił Ryszard powstając i otrząsając się z wrażenia. — Widzisz przecie, że mi nic nie jest.
— Ale mogłam cię zabić — tłómaczyła ustami, złożonemi w żałosną podkówkę. — I cóżby się wtenczas stało? cobym zrobiła?
— Poszłabyś do domu i opowiedziała wszystko mrs. Jennett — rzucił, zgrzytnąwszy zębami na myśl tę samą; łagodniejąc zaś, dodał: — No, nie martw się już. Zresztą, widzisz, tracimy czas na próżno, a niedługo trzeba wracać na herbatę. Daj rewolwer, teraz ja spróbuję.
Maisie byłaby się rozpłakała rzewnie przy najlżejszem słowie zachęty lub współczucia. Zimna jednak krew Dicka powstrzymywała łzy jej. Chłopiec ręką, która drżała jeszcze, chwycił zabójcze narzędzie i podczas gdy Maisie, ciężko oddychając, leżała na wybrzeżu, on bombardował strzałami pal, wystający z morza.
— Trafiłem! — zawołał z tryumfem, gdy kawał drzazgi odleciał w tej chwili od obranego celu.
— Daj mi rewolwer, teraz na mnie kolej — rozkazała Maisie; — widzisz, że już zupełnie przyszłam do siebie.