Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I strzelali tak długo, aż ów mały, tandetny rewolwer na kawałki rozleciał się prawie. Amomma, trzymana z dala, w obawie, aby pochłonięte przez nią ładunki nie wybuchnęły, pasła się tymczasem, skubiąc morskie rośliny i dziwiąc się, dlaczego rzucają na nią kamykami i odpędzają ją ciągle.
Później nieco znaleźli belkę, pływająca wśród małej sadzawki, i uradowani usiedli oboje nawprost nowego tego celu. Zrujnowany rewolwer szarpał teraz gwałtownie rękę Dicka.
— Na przyszłe wakacye — mówił chłopiec — zdobędziemy sobie prawdziwy pistolet, taki, który poniesie kulę o wiele dalej.
— Dla mnie nie będzie już wakacyi — przypomniała Maisie. — Wyjeżdżam przecież.
— Dokąd?
— Nie wiem. Opiekun mój pisał do mrs. Jennett, że mam nadal wychowywać się gdzieindziej. Chcą mię posłać na dokończenie edukacyi do Francyi podobno, czy do... Nie pamiętam, co prawda, gdzie; wszystko mi to jedno zresztą. Cieszę się tylko, że tu nie będę.
— Ja tam wcale się z tego nie cieszę. Tem więcej, że mnie pozostawią pewno nadal. Słuchaj, Maisie, czy ty naprawdę wyjeżdżasz? Ostatnie więc wakacye spędzamy razem? A tu