Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na myśl tę samą odwaga jego pierzchła z góry. Nie, lepiej już prosić kornie o jeden pocałunek.
A Maisie, w popielatym płaszczyku od deszczu i małym kapeluszu tejże barwy, tak była urocza, iż myśl pocałunku stawała się coraz natrętniejszą, coraz więcej niebezpieczną. Rudowłosa, jakby dla kontrastu, gorzej niż zwykle wyglądała. Oczy jej zapadnięte dziwnym świeciły blaskiem, usta gorączka spiekła.
Dopatrzywszy przeniesienia kufrów, Dick zbliżył się do Maisie, stojącej na pokładzie, nieoświetlonym jeszcze. Obok nich składano z hukiem paki; dalej stała rudowłosa, śledząc ich bacznem, palącem spojrzeniem.
— Przykry dziś będzie przejazd — mówił Heldar. — Wiatr coraz silniej się zrywa. Maisie, wszak w nagrodę za to, że byłem wciąż grzeczny, mogę przyjechać zobaczyć cię?
— O, nie! Zbyt będę zajętą na przyjmowanie wizyt. Zresztą, gdybym cię potrzebowała, sama napiszę. Listownie za to gotowam chętnie z tobą gawędzić, w niejednej rzeczy bowiem przyjdzie mi pewno zasięgnąć twej rady. Och, Dick’u, ty nie wiesz nawet, jak dobrym byłeś dla mnie, jak bardzo dobrym!