Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a w końcu, gdy jej już nic innego nie zostało, rozpęka się sama, jak lotus na chińskich wodach.
— Prędzej, jak moje spodnie; pozwól, kochanku, że cię poprawię, choć nie wiem, kto jesteś — odezwał się zaimprowizowany krawiec, nie podnosząc głowy od roboty. — Dick — dodał nagle, — powiedz, mój chłopcze, kiedy ja znów spotkam się z jakim przyzwoitym sklepem, czy magazynem?
Nie było odpowiedzi. Stanowił ją tylko gniewny szum Nilu, który pędząc wśród ścian bazaltowych, rozbijał się dalej nieco o grzbiet skał nadbrzeżnych i z wściekłości pianą je pokrywał. Zdawało się, iż brunatny prąd wody chce porwać tych ludzi białych, by unieść ich do oddalonej ojczyzny. Właściwa mieliznom nilowym, a niedająca się opisać, ostra woń błota wskazywała wyraźnie, że wody, opadłszy w tem miejscu, uczynią przejazd dla statków ciężkim bardzo na przestrzeni mil kilku. Pustynia dochodziła tutaj do samego prawie koryta rzeki; stąd też stado wielbłądów umieszczone zostało tuż u jej brzegów, wśród drobnych wzgórzy, mieniących się barwą szarą, czerwoną i czarną.
Jakkolwiek od wielu tygodni żadna nie zaszła utarczka, Nil we wściekłym swym bie-