Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/347

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Znalazł się więc wkrótce pod dachem madame Binat, a spragnione, drżące jego nozdrza wciągały z rozkoszą powietrze Wschodu, to odrębne, specyalne powietrze, którego zapach upaja, od Port-Said aż do Hong-Kong, wszędzie, gdzie rozbrzmiewa równocześnie szkaradna, krajom tym właściwa lingua franca. Upał prażył go w łopatki, noga usuwała się na rozpalonym piasku; rękaw, podniesiony do policzka, gorący był, jak chleb świeżo z pieca wyjęty. Heldar oddychał pełną piersią; wszak te ogniste promienie to starzy przyjaciele, za którymi tęsknił tak dawno.
Biedny Binat, ów zmarnowany artysta, mówiący o poniżeniu sztuki, nie żył już; żona jego przyjęła Ryszarda z radością i zapałem.
— Tu pamiętają mnie po roku; tam, za morzem, w ojczystym kraju, dziś już nikt nie wie, że żyłem na świecie — myślał z goryczą. — Jak dobrze uczyniłem, wracając do Afryki!
Wieczorem madame wystawiła na piaski mały stoliczek od kawy i zasiedli przy nim oboje, podczas gdy dom, leżący za nimi, zapełniał się wrzawą, weselem, groźbami i klątwami. Gwiazdy pokryły szafir nieba, latarnie okrętów, stojących na kotwicy, jak gwiazdy błyszczały również.