Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/346

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w chwili, gdy parowiec na pełne wydostał się morze.
Usłyszawszy plusk wody i łoskot maszyny, wyciągnął się rozkosznie.
— Och, jak dobrem jest życie! — zawołał, i ziewnąwszy głośno, poszedł śmiało na pokład.
Trzymanie się stołów i poręczy zdradza na lądzie ociemniałego kalekę, na oceanie jednak jest rzeczą tak zwyczajną, iż niczyjej nie zwraca uwagi. Ślepiec więc, niepodlegający morskiej chorobie, ma tu wyższość nawet nad widomymi, z których żartować mu nie wolno. Heldar potrafił nawet zjednać sobie o tyle doktora, iż tenże przyrzekł poświęcić mu parę godzin czasu po przyjeździe do Port-Said.
— Zawieź mnie pan tylko do madame Binat, jeżeli wiesz, gdzie to jest — prosił Dick. — Dalej dam sobie sam radę.
— Phii! — świsnął doktor. — Czy wiem? Zapewne, że wiem; Port-Said nie przedstawia wielkiego wyboru; nie mniej czuję się w obowiązku uprzedzić pana, że ze wszystkich dziur piekielnych ta najgorszej jeszcze używa opinii. Gotowi cię najwpierw okraść, a później zasztyletować.
— Mnie osobiście nic tam złego nie spotka. Zawieź mnie pan tylko, resztę biorę na siebie.