Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyczerpaną chełpliwość. Niestety, nie zastąpi ona studyów poważnych, tak jak upodobania malarskie nie zastąpią talentu Angielkom i nie dadzą polotu Niemkom. Te ostatnie uczą się zazwyczaj jednego, jedynego przedmiotu tylko, by wróciwszy później do ojczyzny, zabrać się do kopiowania i kopiować już przez życie całe.
Dick, znający szczegóły te najdokładniej, słuchał jednak z zachwytem, bo... Maisie mówiła.
— Nic się tam, jak widzę, nie zmieniło — wtrącił. — Czy i dziś jeszcze podczas śniadania kradną sobie farby nawzajem?
— Och, nie kradną! To nazywa się delikatnie: przyciąganiem, pożyczaniem. Wiesz co, Dick’u, miałabym ochotę ściągnąć z twojej palety farb trochę. Może wraz z niemi zdobyłabym okruch twego powodzenia.
— Nie chcę być szorstkim, a jednak, gdybyś wiedziała, Maisie, co mi się ciśnie na usta! Ty chyba nie rozumiesz, na Boga, że powodzenie, wielkie powodzenie, największe nawet powodzenie niczem jest w porównaniu z... Nie! Nie będę wracał do tego przedmiotu. Czas już iść na stacyę.
— Żal mi szczerze, Dick’u, ale...
— Ale cię to więcej obchodzi, niż moje uczucia i cała moja osoba.