Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tego przecież nie powiedziałam.
— A co mi dasz, jeżeli ci wskażę drogę krótszą i najprostszą do celu, którego tak pragniesz, którego tak gorąco pożądasz? Czy przyrzekniesz być mi w zamian posłuszną?
— Najchętniej.
— Przedewszystkiem nie zapominaj nigdy o posiłku dlatego, że w danej chwili jesteś przy sztalugach. W zeszłym tygodniu dwa razy nie jadłaś obiadu.
Mówił na zasadzie domysłu.
— Nie, nie! — broniła się. — Tylko raz jeden, jedyny!
— I to wystarcza. Otóż nie powinnaś nigdy żywić się herbatą i bułką dlatego, że przyrządzenie innej potrawy sprawia więcej kłopotu.
— Żartujesz ze mnie.
— Mówię z całą powagą, na jaką mnie stać tylko. Och, ukochana, jedyna moja, czy tobie nigdy nie przychodzi na myśl, czem jesteś dla mnie? Cały świat sprzysięga się na to, aby cię wyzyskać, aby narazić na zaziębienie, przemoknięcie, brak wygód stosownych, aby cię zabić nadmiarem pracy i osamotnienia, a ja... ja nie mam prawa nawet być w pobliżu, otoczyć cię opieką, staraniem, miłością!