Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nym na batogi; ale ten, patrz, miękkie to wszędzie i delikatne... jak kobieta.
Niema sroższego, bardziej dojmującego upokorzenia nad podobnie wzgardliwe traktowanie ze strony człowieka, który nie chce nawet uderzyć. Naczelnik Syndykatu zaczął oddychać ciężko. Dick obchodził go tymczasem dokoła, obmacując i głaszcząc tak, jak kot głaszcze i pociera się o dywan miękki. Dokonawszy tego, podkreślił palcem ołowianoszare worki pod jego oczami, przyczem potrząsał głową ze zdumieniem.
— I ty, ty chciałeś ukraść moją własność, moją, moją, moją? Ty, który nie wiesz, czy ci dziś jeszcze umrzeć nie przyjdzie? Siadaj i pisz mi bezzwłocznie rozkaz do biur Syndykatu; powiedziałeś przecież, że jesteś jego naczelnikiem, a więc rozkaż, aby wszystkie moje szkice, słyszysz, wszystkie, co do ostatniego, wydano natychmiast Torpenhow’owi. Czekaj! Ręka ci się trzęsie, nie będziesz mógł pióra utrzymać.
Skreślił szybko polecenie na kartce, z pugilaresu wyrwanej, i podsunął mu je do podpisania.
Torpenhow, pochwyciwszy gotowy już dokument, oddalił się z nim prędko. Dick chodził tymczasem dokoła więźnia swego,