Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/354

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zajmowałem wśród nich dość wybitne miejsce, pamiętają mnie więc zapewne.
— „Nie dawno“ znaczy tutaj „bardzo dawno.“ Cmentarze zapełniły się od tego czasu. Słuchaj pan: Kolej żelazna, zbudowana świeżo, prowadzi mil siedm do obozu pod Tanai-al-Hassan. Poza miejscowością tą rozłożono wojska angielskie, którym linią powyższą żywność dowożą.
— A, okopy... rozumiem; nie walczą więc, jak dawniej, w otwartem polu.
— Otóż do okopów tych potrzebna partya mułów, którą wiozę dziś wieczorem. Pociągiem nocnym nikt nie jedzie, strzelanina bowiem zaczyna się zaraz za miastem.
— Poczciwcy, poznaję ich; zawsze tak robili.
Ryszard poczuł zapach rozpalonego żelaza, topniejącej farby olejnej, pyłu i spiekoty, a rozchylone usta jego i nozdrza drżące chwytały z upragnieniem tę dziwną mieszaninę. Och, jakżeż dawne życie witało go rozkosznie!...
— Wioząc muły — ciągnął Grek dalej, — mogę zabrać i pana do obozu. Żądam jednak w zamian, abyś zatelegrafował natychmiast do Port-Said z zaświadczeniem, że ci się nic złego w drodze nie stało.