Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przez czas jakiś milczeli oboje. Ryszard ujął wreszcie dłoń dziewczęcia, szepcząc z cicha:
— Maisie.
Zapatrzona w morze, wstrząsnęła tylko główką przecząco.
— Maisie, ukochana moja, czy cię to lepszą nie natchnie myślą? Czy nie zmieni twego postanowienia?
— Nie! — rzuciła przez zaciśnięte ząbki. — Gdyby tak było, samabym ci powiedziała. Och, Dick’u, proszę, bądźże rozsądnym.
— Pozwól mi wierzyć — przerwał, — że przyszłość...
— Nie, nie. To niemożliwe.
— Dlaczego?
Zapatrzona wciąż w morze, z główką na rączce opartą, Maisie mówiła pośpiesznie:
— Pojmuję doskonale, o co chodzi, lecz nie mogę ci dać tego, czego żądasz, Ryszardzie. Nie moja to wina; wierzaj, że nie moja... Gdybym czuła, że potrafię pokochać kogokolwiek, wtedy... Ale ja niezdolna jestem do tego. Mówiąc otwarcie, nie rozumiem nawet, co miłość znaczy, nie pojmuję podobnego uczucia.
— Naprawdę nie pojmujesz, najdroższa?
— Byłeś dla mnie tak dobrym, Dick’u, iż szczerość to słaba lecz jedyna oznaka wdzięczności, jaką ci okazać mogę. Nie śmiałabym