Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kłamać wobec ciebie. I tak już dosyć sobą pogardzam.
— Pogardzasz? Za co, na Boga?
— Za to... za to, iż, przyjmując wszystko, nic ci wzamian dać nie mogę. To samolubnie i nizko z mej strony, a myśl ta nie zostawia mi chwili spokoju.
— Zechciej zrozumieć, że bronienie własnych interesów do mnie tylko należy; któżby więc mógł ganić cię za to, co ja z pełną świadomością czynię? Nie, najdroższa, nie potrzebujesz sobie nic wyrzucać; żaden wyrzut bowiem dosięgnąć cię nie może.
— Wiem, że zasłużyłam na niego. Są jednak rzeczy, o których lepiej nie mówić.
— A więc nie mów o nich.
— Jakim sposobem? Skoro, znalazłszy się, na chwilę choćby, sam na sam ze mną, wracasz upornie do tego przedmiotu. Jeżeli nie usta twe, to oczy przypominają go bezustannie. Och, nie możesz nawet wiedzieć, jak ja sama sobą pogardzam niekiedy.
— Wielkie nieba! — zawołał Ryszard, zrywając się nieledwie na nogi. — Maisie, powiedz mi raz szczerze, z całą prawdą, czy moje naleganie przykrość ci może sprawia?
— Nie. Cóż znowu!