Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mogli żołnierze spać i jeść, ile się podobało, byle tylko szli coraz dalej, w samą paszczę huczącego Nilu.
Wraz z wojskiem pracowali w krwawym pocie korespondenci gazet. Przyszłość i los wyprawy były dla nich również zakryte. Narażali jednak życie, kierował bowiem nimi cel wyższej wagi. Oto Anglia musiała być zabawiana; musiała przy każdem śniadaniu drżeć z ciekawości, czy Gordon żyje lub umarł, czy połowa armii brytańskiej nie wyginęła wśród gorących piasków pustyni.
Kampania sudańska, jako bardzo malownicza, nadawała się doskonale do żywych opisów, do obrazów, słowami odtwarzanych. Od czasu do czasu zraniono jakiegoś specyalnego korespondenta, co nie przynosi bynajmniej straty pismu, które go wysłało. Częściej walka w blizkich starciach, ciało o ciało, pozwalała na cudowne ocalenie, zasługujące na to, aby je obwieścić światu w telegramie umyślnym, płaconym po ośmnaście pensów za wyraz. Korespondentów tych wreszcie moc była niezliczona. Każdy korpus, każda kolumna, posiadały oddzielnych. Starsi, weterani, postępowali za kawaleryą, która zająwszy w r. 82-im Kair, pozwoliła Arabi’emu-Paszy królem się ogłosić. Inni otaczali Suakim, pa-