Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co za myśl! Maisie, wierz mi, że nie masz sobie nic do wyrzucenia: gdyby tak było, jabym ci pierwszy powiedział. Czekaj, nie odchodź jeszcze; pragnę ci wpierw coś ofiarować. Chowam to dla ciebie, odkąd... nieszczęście spadło na mnie. Domyślasz się, że chodzi o „Melancholię;“ była śliczna, gdym ją oglądał po raz ostatni! Zachowaj, Maisie, obraz ten jako pamiątkę po mnie; a gdybyś się znalazła kiedykolwiek w potrzebie, sprzedaj ją bez wahania. Dadzą ci zawsze kilkaset funtów za nią.
Zaczął szukać między płótnami.
— Oprawiona w czarne ramy. Patrz, Maisie, czy ja na czarnych ramach trzymam rękę? Tak? a więc to ona. Cóż, jakże ci się podoba?
Obrócił ku niej płótno, zamazane bezkształtną mieszaniną barw, pocięte, zniszczone — i, ciekawy wywartego wrażenia, natężał oczy, jak gdyby mógł dojrzeć odzwierciedlony w rysach jej wyraz zdumienia i podziwu.
— No i cóż?
Głos jego brzmiał znów pełnią siły — wiedział bowiem, że mówi o najlepszem swem dziele.
Maisie, patrząc na rozlaną na płótnie wielką plamę barwną, z trudnością tłumiła śmiech szalony, dławiący ją za gardło. Wzgląd tylko