Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na Dick’a powstrzymywał ją od wybuchu wesołości, od zapytania, co znaczy szkaradny ten bohomaz.
— Och, Dick’u, śliczne! — zawołała.
Głos jej zadrżał, jakby od tłumionego wzruszenia. Heldar, nie przypuszczając nawet, że to wynik zadanego sobie przymusu, wziął niepewne jego brzmienie za hołd, składany swej pracy.
— Wszak przyjmiesz pamiątkę tę ode mnie? — pytał. — Odeślę ją do twej pracowni.
— Czy przyjmę? Ależ i owszem; dziękuję ci bardzo! Cha, cha, cha!
Gdyby nie uciekła w tej chwili, śmiechby ją zadławił, udusił, zabił. Odwróciwszy się więc, wypadła na schody i biegła po nich, jak szalona, coraz chyżej, coraz prędzej, szukając schronienia w doróżce, która ją zawiozła przez park do zwykłego jej mieszkania. Znalazłszy się dopiero w ogołoconym, pustym swym saloniku, usiadła, by zastanowić się wśród ciszy nad Heldar’em, bezużytecznym już dziś i bezsilnym na całe życie, oraz nad własnem zachowaniem względem niego. Oprócz żalu, wstydu i upokorzenia, jakie odczuwała w tej chwili, drażniła ją jeszcze myśl spotkania z rudowłosą impresyonistką, której wściekłość granic nie będzie znała. Zresztą, przecież Dick jej nie