Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


. Torp, czy wiesz?... ja już nic, nic nie widzę... Wódka tylko przywraca mi na chwilę światło dnia i jasność wzroku. Nie pojmowałem nawet, że się upijam; powiedziano mi to wczoraj dopiero. Muszę jednak pić dalej, byle skończyć dzieło zaczęte. Patrz, obejrzyj je, stoi na sztalugach.
Wskazał na „Melancholię“ i czekał bezwiednie poklasku.
Torpenhow milczał, a Dick... Dick zaczął płakać cicho. Płakał z radości, że ujrzał jeszcze przyjaciela; z żalu nad popełnionymi niegodziwymi czynami, — bo musiały być niegodziwe, skoro Terpenhow takim był chłodnym i surowym; płakał z podrażnionej wreszcie dziecinnej próżności, że obraz jego cudowny nie wywołuje słów zachwytu.
Gdy Bessie zajrzała po pewnym czasie przez dziurkę od klucza, oczy jej spoczęły na dobrze znanej grupie, Torpenhow bowiem chodził po pracowni ramię w ramię z Ryszardem. Klątwa, jaka wybiegła w tej chwili na usta jej, przestraszyła nawet małego Binkie i psina, czekająca cierpliwie na dawno niewidzianego pana, uciekła z przerażeniem.