Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wiesz, że nie mam nikogo na świecie droższego mi nad ciebie. Proszę, otul się płaszczykiem: chłód staje się przejmującym, a nie chcę, abyś się zaziębiła z mej przyczyny.
Maisie okryła się miękkimi sobolami, odwracając na zewnątrz szare kangurowe futerko.
— Jakie to rozkoszne! — mówiła, pocierając szyję o lśniący włos kołnierza. — A teraz powiedz, dlaczego w gonitwie za powodzeniem mylną ku niemu obrałam drogę?
— Dlatego właśnie, że go szukasz. Czyż nie rozumiesz tego, ukochana? Praca wybitna nie należy poniekąd do osoby, która ją wykonywa; nie jest jej dziełem. Wynik to siły nieświadomej, od nas niezależnej...
— W takim razie jakżeby...
— Zaczekaj chwilkę. Zadanie nasze jedyne polega na ujarzmieniu środków. Powinniśmy pokonywać wszelkie trudności, stać się nie niewolnikiem ich, lecz władcą. W ten sposób tylko dorównamy zadaniu i, panując nad przedmiotem, nie ulękniemy się jego trudności.
— Rozumiem to doskonale.
— Tu jednak kończy się nasza rola. Reszta nie od nas zawisła: wynik to siły wyższej nad wolę. Do nas należy tylko umiejętność, mistrzowstwo w użyciu cegły i innych mate-