Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przykro mi, Maisie, lecz pamiętaj, że żądałaś prawdy bezwzględnej. Zresztą zbyt gorąco cię kocham, abym nie miał przywiązywać większej wagi do osoby twej, niż do prac malarskich. Nie przeczę, iż, obok siły woli i niezmiernej cierpliwości, objawia się w nich niekiedy talent... Nie jest on jednak tej miary, abyś miała poświęcać mu trudy całego życia. Tak przynajmniej mnie się wydaje.
— Wychodząc z tej zasady, nie należałoby nic robić. Wiesz jednak, iż pragnę i muszę zdobyć powodzenie.
— W takim razie idziesz do celu złą drogą. Czy ci Kami nigdy tego nie powiedział?
— O, proszę, nie wspominaj Kami’ego! Nie o jego, lecz o twoje chodzi mi zdanie. A więc najwpierw znajdujesz, iż robota moja jest złą zupełnie?
— Ani tego nie mówiłem, ani nie myślałem nawet.
— Jest zatem amatorską?
— Nigdy w życiu; obrazy noszą cechę twego charakteru, cechę pracy gruntownej i sumiennej; przymioty to wrodzone ci, najdroższa, przymioty, za które kocham cię najwięcej.
— Czy mówisz to seryo? Czy nie będziesz się śmiał za oczy?