Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ryałów, z których ma powstać budowla. Z chwilą wszakże, gdy, zamiast pracować nad wykonaniem dzieła, spróbujemy myśleć o wrażeniu, jakie ono wywoła, gdy zaczniemy kokietować galeryę, z chwilą tą tracimy zarówno talent, jak siłę pędzla. Tak się przynajmniej ze mną działo. Zamiast bowiem spokoju wewnętrznego, któryby pozwolił ześrodkować całą potęgę na danej pracy, opanowuje nas gorączka o wynik jej, o skutek, nieleżący już w naszej mocy.
— Łatwo ci mówić w ten sposób, bo wiesz, że publiczność lubi twoje obrazy. Przyznaj się jednak, czy pomimo tego nie myślisz nigdy o widzach, o galeryi?
— Ależ myślę, zbyt często, niestety. Ile zaś razy dopuszczę się grzechu tego, tyle razy spotyka mię kara i stwarzam rzecz bez talentu. Zasada to tak prosta, jak reguła trzech. Jeżeli lekceważymy sztukę, zużywając ją ku własnym celom, sztuka lekceważy nas później i każe zaślepienie to odpokutować.
— Nie lekceważę nigdy mej pracy. Wiesz przecie, że jest mi ona wszystkiem w życiu.
— Tak, lecz nie zdajesz sobie z tego sprawy; czynisz dwa poruszenia pędzla dla siebie, dla swoich osobistych widoków, a trzeci dopiero przez miłość dla dzieła, dla sztuki. Wie-