Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie Heldar’a o potrzebie ruchu fizycznego oraz propozycyę, iż kupi on dla Maisie pysznego konia, że umieści go wraz z swoim wierzchowcem w pobliżu Londynu, tak, aby dwa lub trzy razy na tydzień mogli jeździć na dalsze, bardzo dla zdrowia jej potrzebne wycieczki.
— Co za niedorzeczność! A cóżby ludzie powiedzieli?
— Któż w tym wielkim Babilonie zajmuje się nami? Kto miałby odwagę wreszcie lub prawo żądać od nas dwojga rachunku z tego, co robimy?
Maisie spojrzała uważniej na latarnie gazowe, na mgłę i tłok ohydny. Dick miał racyę; losy i czyny ich nie obchodziły tu nikogo. Jazda konna jednak nie przybliżała jej wcale do ideału sztuki.
— Jesteś bardzo dobrym i miłym chłopcem; szkoda więc, że ci tak często przychodzą na myśl szaleństwa. Ukrócając je, nie tylko nie zgadzam się na kupowanie koni, lecz nawet nie pozwolę odprowadzić się dziś do domu. W zamian jednak za to, że nie będziesz zbaczał z drogi dla mnie, musisz mi drobne zrobić ustępstwo. Oto przyrzeknij, Dick’u, iż nie pomyślisz już nigdy o owych trzech pensach. Pamiętaj, żeś je otrzymał, że ci je zwrócono. Nie chcę bowiem, aby drobnostka czyniła cię