Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Biedny Dick raczej. Czy sądzisz, że, walcząc o to, co droższem mu jest nad życie, ma siłę jeszcze myśleć o obrazach? Gdyby więc nawet świat cały, gdyby tysiące, miliony ludzi podniosły się, jak jeden mąż, śpiewając hymny na cześć moją, czy myślisz, że okrzyki ich wynagrodziłyby mi świadomość przykrości, doznanej przez ciebie, świadomość choćby, że wyszedłszy w dzień słotny bez parasola, przemokłaś do nitki? Ale dosyć o tem, chodźmy już na stacyę.
— Mówiłeś jednak... — nalegała Maisie z pewną obawą.
Ryszard westchnął głośno.
— Tak, mówiłem; wiem o tem. Utrzymywałem, że praca jest wszystkiem, co mam, czem jestem i czem pragnę pozostać w życiu; że wskutek tego tajniki jej starałem się zbadać do gruntu, opanować. Jeżeli jednak jest ona wszystkiem dla mnie, to przecież posiadam dość logiki... bo tracę ją tylko, gdy o ciebie idzie... aby zrozumieć, że dzieła moje obojętną są rzeczą dla reszty świata, dla osób trzecich wogóle.
Maisie starała się nie dotykać nadal równie drażliwego przedmiotu i w wesołem już usposobieniu powrócili do Londynu. Zatrzymanie się pociągu przerwało gorące dowodze-