Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mściwym i zawistnym, aby tchnienie nizkości wkradło się do pracy twojej. Możesz być tak wielkim, iż nie wolno ci żywić w sercu małostek.
Był to odwet, wobec którego pozostawało mu tylko pożegnać Maisie.
— Do widzenia — mówiła, wychylając się z dorożki. — Dziękuję za dzień rozkoszny. Co za szkoda, że on zawsze trwać nie może!
— Przeciwnie, to bardzo naturalne. W miłości bowiem, jak w rysunku, nie podobna stać na tym samym punkcie. Kto nie idzie na przód, musi się cofać. Skoro zaś o tem mowa, radzę szczerze, rysuj pilnie dalej. A teraz dobranoc, Maisie; przez wzgląd na mnie, przez miłość dla kogokolwiek na świecie, błagam, oszczędzaj się, uważaj na siebie.
Pogrążony w myślach, skierował się po chwili ku domowi. Dzień ten, tak gorąco upragniony, tak dawno oczekiwany, nie przyniósł mu uwieńczenia marzeń i uczuć, a jednak drogim mu był nad wszystko, bo go poniekąd zbliżył do Maisie. Spełnienie nadziei jego było teraz kwestyą czasu tylko; warto zaś czekać za ziszczeniem ich tam, gdzie chodziło o taką, jak Maisie, nagrodę.
Instynktem kierowany, zwrócił się bezwiednie ku rzece.