Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do przedziału salonowego, dlatego jedynie, że był on ogrzany, w dużych, siwych źrenicach dziewczęcia przebiło się zgorszenie i wyrzut za takie marnotrawstwo.
— Chciałabym wreszcie wiedzieć, gdzie my jedziemy? — powtórzyła po raz dwudziesty, gdy nagle, u końca już drogi, nazwisko znanej stacyi błysnęło jej przez okno wagonu, zdradzając całą, starannie utrzymywaną tajemnicę.
— Och, Dick’u, szkaradny! — zawołała.
— Sądziłem, że ci będzie miło zobaczyć miejsca, od lat tylu niewidziane. Wszak po rozstaniu naszem nie wracałaś tu nigdy?
— Nie. Nie tęskno mi było za panią Jennett. A jedyne to wspomnienie, z chwilami temi związane.
— Czyż jedyne, Maisie? Patrz, pamiętasz pewno ten wiatrak? Stał wówczas wśród redlin z kartoflami. Na szczęście, nie zbudowano tu jeszcze całego szeregu willi zbytkownych. Czy pamiętasz, że ja cię raz zamknąłem w nim na klucz?
— A mrs. Jennett zbiła cię za to uczciwie, chociaż ja nic nie wydałam, nie powiedziałam, że ty mnie zamknąłeś.
— Sama zgadła. Podparłem jeszcze drzwi kijem i wołałem, że zakopuję żywcem Amommę w kartoflach, a ty, uwierzywszy, płakałaś z roz-