Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/364

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jeden tylko z żołnierzy zaklął siarczyście.
— Cóż tam znów za krzyki? — huknął.
— A toż wściekłe to bydlę ucieka z całym mym dobytkiem! — odparł Heldar zwykłym obozowym językiem.
— Jazda! Pilnuj tylko, żeby ci tam gardła nie poderżnęli, tobie i twemu dromaderowi!
Krzyki ucichły — gdy bowiem zwierzę schowało się za wzgórze, właściciel potrafił przywołać je natychmiast i zmusić do uklęknięcia.
— Siadaj pierwszy — rozkazał Dick, a zająwszy drugie za nim miejsce, wyjął rewolwer i skierował go prosto w plecy towarzysza.
— Jedź teraz w imię boże, tak szybko, jak tylko siły ci starczą. Bywaj zdrów, Jerzy. Kłaniaj się pani i baw wesoło z twoją miłą. Na przód, synu piekła!
W kilka minut później otoczyła go cisza wielka, głęboka, przerywana tylko skrzypieniem siodła i lekkim a nieznużonym krokiem bieguna pustyni.
Dick usiadł tak, aby się lepiej poddawać falującemu ruchowi zwierzęcia, zapiął mocniej