Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w żyłach jego krew zastępował; oczy ożywiły się, lica błyszczały. Wtedy to Ryszard pochwycił go brutalnie za podbródek i twarz tę ku światłu odwrócił. Madame Binat, spojrzawszy równocześnie przez ramię, uśmiechnęła się do nich, odsłaniając wszystkie zęby.
Dick, oparty plecami o mur, szkicował godzinę przeszło. Lampy jednak naftowe zaczęły w końcu czadzić i przygasać, a dziewczęta, z sił wyczerpane, rzuciły się, dysząc, na ziemię. Zamknąwszy też z trzaskiem album, chciał się usunąć, gdy Binat pochwycił go błagalnie za łokieć.
— Pokaż mi — wybełkotał. — I ja przecież byłem kiedyś artystą... ja nawet.
Dick odsłonił zarys szkicu.
— Co? to ma być moje oblicze? — wykrzyknął przerażony. — Chcesz może zabrać to z sobą, by pokazywać całemu światu, że tak wygląda Binat?
Jęknął i załkał głucho.
— Monsieur zapłacił za wszystko — wtrąciła pani. — Monsieur ma prawo do tych rysunków. Do widzenia, do miłego widzenia, Monsieur.
Skrzypnęły wrota podwórza i zatrzasnęły się za Ryszardem, który podążył piaszczystą