Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szyderczy głos rudowłosej deklamował tymczasem dalej słowa poematu, w którym kobieta, uosabiająca Melancholię, wyszydzona, odpychana, znużona śmiertelnie, całą swą niezłomną wolę jednoczy w pracy i trudem nieustannym zagłusza troski, bole i zawody.
— Sądzę, iż Maisie chce odtworzyć sama siebie — rzuciła w zakończeniu.
— Na tronie z odrzuconych i nieudanych obrazów. Czy tak? Otóż mylisz się, moja droga. Tym razem pociągnęła mię po prostu poezya i fantastyczność postaci. Że ty, Dick’u, rzeczy takich nie lubisz, rozumiem doskonale, bo przedewszystkiem nie umiałbyś ich nawet odtworzyć. Twój rodzaj to krew, poszarpane ciało i kości.
— Czy to wyzwanie, Maisie? I owszem, przyjmuję zakład. Jeżeli ty zdołasz wymalować Melancholię, która będzie czemś więcej nad zbolałą głowę zwykłej kobiety, w takim razie przekonam cię, że ja potrafię stworzyć rzecz lepszą jeszcze. I stworzę ją, skoro tego żądasz. Ten tylko może uplastycznić temat podobny, komu on nie był w życiu obcy; a cóż ty możesz wiedzieć o melancholiach?
Heldar był przekonany, iż w jednej chwili owej wypija trzy czwarte goryczy tego świata.