Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dłach orlich, a czole pochylonem pod brzemieniem marzeń, wtedy, gdy strój domowy i pęk kluczy do ziemi zdawały się ją przykuwać.
Ryszard cofnął się żywo.
— Ależ myśl ta — zawołał — była już odtwarzaną przez pewnego skromnego artystę, zwanego Dürer’em. Przerabiać ją dzisiaj znaczyłoby to samo, co poprawiać „Hamleta.“ Istna strata czasu!
— Mylisz się — przerwała Maisie, stawiając ostro filiżanki z herbatą, aby energią dodać sobie pewności. — Każdemu wolno opracowywać po raz drugi ten sam przedmiot, i dlatego nie odstępuję od zamiaru. Zobaczysz, zresztą, Dick’u, jaka to śliczna rzecz będzie.
— Czyż można, na miłość boską, wykonać dobrze pracę, do której nie jest się należycie przygotowanym! Szaleniec nawet potrafi znaleźć pomysł. Aby go jednak w czyn wprowadzić, na to potrzeba nie gonitwy za pierwszą lepszą fantazyą, lecz opanowania techniki, silnej woli i wytrwałości.
Rozdrażniony, mówił z pewnym przekąsem.
— Ty tego nie rozumiesz — przerwała Maisie. — Co do mnie, jestem pewna, że mi się obraz uda.