Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się ze mną ożenił. Przez myśl mi to nawet nie przeszło. Czy jednak nie mógłbyś mię wziąć do siebie na czas, dopóki... dopóki nie przyjdzie ci na myśl poszukać sobie żony? Rozumiem, że ja nią nie będę, lecz, pomimo tego, do krwi upracowałabym sobie ręce dla ciebie. Wszak nie jestem brzydką. Spojrzyj na mnie i powiedz, że się zgadzasz.
Głos Torpenhow’a wydał się Dick’owi dziwnie zmienionym.
— Dziecko, zastanów się, do czego to prowadzi. Czy wiesz, że, w razie wybuchu wojny, ja na pierwsze zawołanie muszę iść na plac boju? Na pierwsze zawołanie, rozumiesz?
— I cóż to szkodzi? Pójdziesz, gdy będziesz musiał. Zanim to jednak nastąpi, mogę pozostać z tobą. Na krótko, tylko dopóki cię nie zawezwą. Wszak o małą rzecz proszę... A gdybyś przytem wiedział, jak ja doskonale gotować umiem!...
Równocześnie oplotła ramionami szyję mężczyzny, pociągając głowę jego ku sobie.
— A więc... dobrze. Dopóki nie wyjadę...
— Torp! — zabrzmiał w tej chwili donośny głos Ryszarda, który nie mógł dłużej zapanować nad sobą. — Torp, chodź do mnie, prędko, potrzebuję cię na chwilę! Boże święty — dodał cicho, — pozwól, aby mnie posłuchał!