Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w najlepszym razie to nasze samotne, samolubne życie. Dziwię się, że Maisie nie odczuwa tego również. Gdy rzecz taka raz wejdzie mu w głowę, nie podobna przewidzieć, dokąd zaprowadzić go może.
Pewnego wieczoru, przedłużywszy posiedzenie aż do ostatnich promieni światła, Dick, znużony pracą, zasnął podczas szarej godziny. Złamany jakiś, płaczący głos w pokoju Torpenhow’a przerwał mu nagle drzemkę. Zerwał się na równe nogi.
— Co tu zrobić? Iść tam... to głupio i niedelikatnie. Brawo, Binkie, mądre z ciebie stworzenie!
Pies bowiem, otworzywszy nosem drzwi, wybiegł w tej chwili z pokoju Torpenhow’a, by zająć ulubione swe miejsce w pracowni. Rozchylone podwoje pozwalały Ryszardowi widzieć doskonale Bessie, która, klęcząc przy fotelu Torp’a, trzymała ręce złożone błagalnie na jego kolanach.
— Wiem — mówiła głosem drżącym, — wiem, że nie powinnam tego czynić, ale nie mogę się powstrzymać... Taki byłeś dla mnie dobry, taki dobry... a później... przestałeś zwracać na mnie uwagę. Ponaprawiałam przecież twoje rzeczy jak najstaranniej, pocerowałam wszystkie skarpetki... Nie sądź, że chcę, abyś