Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na usta Bessie wybiegło słowo, bardzo do klątwy zbliżone. Zerwała się i, przestraszona, a zawsze jeszcze lękająca się Ryszarda, pędem strzały zbiegła ze schodów.
Pomimo tego, upłynęło chwil kilka, zanim Torpenhow pojawił się na progu. Podszedł do kominka i, ukrywszy twarz w dłoniach, jęknął, jak dzik zraniony.
— Jaki szatan podsunął ci myśl mieszania się do spraw mych? — rzucił wreszcie z gniewem.
— Do jakich spraw? — podjął Ryszard chłodno. — Mam nadzieję, iż własny rozsądek zdołał ci już podszepnąć, iż o mały włos nie popełniłeś szaleństwa. Kuszono cię srodze, o, święty Antoni! lecz trzeba przyznać, żeś wyszedł zwycięsko z tej próby.
— Po cóż krzątała się po domu, jak gdyby do niej należał? Po co kazałeś mi patrzeć na nią? Rozstroiło mię to, wytrąciło z równowagi. Takie samotne, psie życie musi się przecież sprzykrzyć człowiekowi. Nieprawdaż? — pytał rozżalony.
— Teraz mówisz rozsądnie i... masz racyę. Ponieważ jednak podobny półśrodek gorszym jest stokroć od najsroższej choroby, a na nią nie masz na razie lekarstwa, więc wiesz, co powinienbyś zrobić?