Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się Torpenhow, ja... Ryszard Heldar. Powiedz jeszcze, Bessie, gdzie mieszkasz.
— Za rzeką, daleko. Zajmuję maleńki pokoik i płacę za niego półszósta szylinga tygodniowo. A może... może pan tylko żartował o tych trzech suwerenach?
— Zobaczysz sama. Pamiętaj tylko, Bessie, żebyś mi nie przychodziła tak szkaradnie umalowana. Farby te psują cerę. Jeżeli zechcesz, dam ci lepszych, ale umyj się czysto.
Dziewczyna wyciągnęła podartą chusteczkę i zaczęła wycierać nią silnie policzki. Gdy wyszła, przyjaciele spojrzeli na siebie.
— Postąpiłeś jak człowiek — zaczął Torpenhow pierwszy.
— Zdaje mi się, że prędzej jak głupiec. Nie moją rzeczą bowiem naprowadzać na drogę cnoty rozmaite Bessie Broke. W mieszkaniu zaś tem żadna kobieta postać nie powinna.
— Może też nie powróci.
— Przyjdzie, bo w danej chwili miły jej kąt ciepły i strawa posilna. Pamiętaj jednak, stary druhu, że to nie kobieta; uważaj ją za moją modelkę tylko i... bądź ostrożny.
— Paradnyś, drogi Dick’u. Ależ to istne straszydło, tchnące najwstrętniejszem zepsuciem. Za kogo mnie bierzesz, abym miał uwa-