Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


twe, Maisie, niema bowiem rzeczy okrutniejszej na świecie nad nędzę w takiem rojowisku ludzkiem, jak Londyn. Przeraziła ona mnie nawet, mnie, który dowodzę, iż człowiek niczego lękać się nie ma prawa.
Każdy ma jakąś słabą stronę w moralnym pancerzu swej istoty; każdy posiada jakiegoś straszka, przeciwko któremu walczyć powinien pod grozą utracenia męskiego hartu i siły. Dick bał się nerwowo nędzy, ubóstwa, głodu, choć zaznał go raz tylko i to żartem nieledwie. Wspomnienie chwil owych dziś jeszcze ponurym wyrazem odbijało się w jego obliczu. Maisie patrzyła na rysy malarza, ostro odcinające się w świetle księżyca, a piętnem bólu nacechowane.
— Ryszardzie — wyrzekła łagodnie. — Po co myśleć o tem; wszak dziś masz już dosyć pieniędzy.
— Nigdy nie będę ich miał dosyć! — zawołał z dzikim naciskiem. — Nigdy! — I rozśmiawszy się, dodał: — W rachunkach moich będzie wiecznie brakować trzech pensów. Deficytu tego nic nie zapełni.
— Trzech pensów? Co to znaczy?
— Widzisz, podróżny jakiś zgodził mię raz do przeniesienia swych kufrów ze stacyi na ulicy Liverpool’skiej do mostu Blackfriars.