Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zasłaniające go płótno. Nagle okrzyk głuchy, a w porę stłumiony, wybiegł mu na usta:
— Zatarte! Wyskrobane!... Zmarnowane! Sam widok ten Dick gotów obłędem przypłacić! I tak już jest napół tylko przytomny! To robota Bessie; cóż za szatan, nie kobieta!... Tylko ona mogła uczynić coś podobnego. Biedny Ryszard!... Oszaleje na widok wyrządzonej sobie krzywdy; oszaleje z mojej przyczyny poniekąd, bo ja to przecież podniosłem wyrzutka tego z rynsztoka i przywiodłem tutaj. Biedny, biedny Ryszard, w nieszczęściu i tej odmówiono mu pociechy! Jakżeż ciężko dotyka go karzący palec Opatrzności!...
Heldar nie mógł spać tej nocy. Zakłócała mu spoczynek nie tylko radość z dokonanego dzieła, lecz i ból ostry w głowie. Barwne plamy, skaczące dotąd przed oczami, zamieniły się nagłe w ogniste wulkany, z których iskry i płomienie wybuchały na przemiany.
— Palcie się, rozbijajcie mi czaszkę! — mówił głośno. — Dokonałem zadania, możecie więc czynić, co wam się podoba.
I leżał cicho, wpatrzony w sufit, świadomy gorączki, która, siłą woli przez długi czas powstrzymywana, dziś wzbierała w żyłach, rozpalając krew, nadużyciem wódki zatrutą; leżał z nerwowo zaciśniętemi, suchemi dłońmi, z pło-