Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zmaczanym płatem. Po pięciu minutach piekielnej tej pracy obraz, który Dick’a życie prawie kosztował, zamienił się w bezkształtną plamę źle zmieszanych barw.
Zadowolona, rzuciła ścierkę w piec i wywiesiła długi język w stronę śpiącego. — Masz za swoje! — mruknęła, uciekając jak strzała wzdłuż schodów. Nie zobaczy już nigdy Torpenhow’a, lecz zemściła się przynajmniej na człowieku, który pokrzyżował jej plany i drwił z niej zawsze. Pieniądze, otrzymane przed chwilą, stanowiły dla niej koronę zemsty. Skutków jej nie potrzebowała się obawiać, — raz bowiem przepłynąwszy Tamizę, ginęła w puszczy dzikiej, jaką była południowa część miasta.
Dick spał dotąd, aż Torpenhow przyszedł wieczorem położyć go do łóżka. Oczy nieszczęśliwego błyszczały jasno, głos tylko ochrypły był i niepewny.
— Pozwól mi raza jeszcze spojrzeć na obraz! — prosił, jak dziecko.
— Niema nawet mowy o tem. Pójdziesz zaraz do łóżka. Nie wyobrażaj sobie, że jesteś zdrów. Masz widocznie gorączkę i drżysz cały.
— Poprawię się jutro. Dobranoc.
Wracając przez pracownię, Torpenhow zatrzymał się przed obrazem i uniósł ostrożnie