Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zakryj obraz i daj Bessie trzydzieści sześć szylingów; dodaj jej nawet trzy na szczęście.
Kończąc ostatnie słowa, zasypiał w fotelu, blady, zniszczony, wynędzniały, cień dawnego Heldara. Bessie ujęła równocześnie rękę Torpenhow’a.
— Czy ty postanowiłeś nigdy już nie odzywać się do mnie? — pytała szeptem.
Nie słyszał jej nawet, zapatrzony w zmienione oblicze przyjaciela.
— Obraz podtrzymywał go przy życiu — myślał. — Co za szalony zapas ambicyi i próżności! Od jutra biorę go w ręce i pielęgnować zacznę; wart tego przecież. Mówiłaś co, Bessie?
— Nic. Posprzątam tu trochę i pójdę później do domu. Mr. Heldar wspomniał, aby mi pan wypłacił trzymiesięczną pensyę; chciałabym więc dostać ją zaraz.
Torpenhow wręczył jej czek i cofnął się do swego pokoju. Bessie uprzątnęła po cichu pracownię, potem otworzyła szeroko drzwi na schody, aby sobie zapewnić ucieczkę — i, polawszy terpentyną ścierkę, zaczęła szorować nią wściekle twarz „Melancholii.“ Farba nie ustępowała dość szybko. Chwyciła więc nóż, a skrobiąc zawzięcie, każde posunięcie jego, każdą ranę, zadaną obrazowi, zacierała jeszcze