Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mieniami w oczach, a ogniem w mózgu, z kłębiącemi się, szalonemi myślami, które po głowie jego dziką urządzały gonitwę. Oto widział się właśnie malującym twarz „Melancholii“ na olbrzymiej, obracającej się dokoła kopule; zdobiły ją miryady świateł; a tam poniżej wszystkie myśli Ryszarda ucieleśnione stały zbitym szeregiem, zawodząc hymn na cześć jego. Wtem coś trzasnęło straszliwie i złamana kopuła runęła w przepaść, pozostawiając go samego, zawieszonego wśród ciemności.
— Nie mogę zasnąć; ta noc czarna mnie gnębi. A jednak, dziwna rzecz! Dziś przecież pełnia, mrok więc nie powinien być tak silny. Wiem, co zrobię: zapalę lampę i przyjrzę się „Melancholii.“ To mnie pokrzepi.
I w owej to chwili Torpenhow posłyszał okrzyk przerażenia, a następnie imię swe, przyzywane głosem śmiertelnej trwogi i rozpaczy.
— Zobaczył obraz — było pierwszą jego myślą, gdy zerwał się, pełen współczucia, by biedź do przyjaciela.
Dick siedział na łóżku, bijąc rękami powietrze.
— Torp, Torp! Gdzie jesteś? Na miłość boską, chodź do mnie!
— Co się stało?
Chory pochwycił ramię jego jak w kleszcze.