Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rękopis zamienił się w garść białych płateczków, które, fruwając w powietrzu, opadały wzdłuż klatki schodowej.
— A teraz idź do domu, Nilghai — dorzucił Dick. — Idź do domu i kładź się spać, mnie zaś pozostaw w spokoju. Zamykam się przed wami aż do jutra rana.
— Co? Przecież to zaledwo siódma godzina! — rzucił Torpenhow ze zdumieniem.
— Wolno mi się położyć i o drugiej w południe, gdy mi ku temu przyjdzie ochota — odparł Ryszard. — Zresztą potrzebuję się wziąć za łeb z własnem usposobieniem; za obiad więc dziękuję.
Drzwi zatrzasnęły się, a klucz zgrzytnął w zamku.
— I co tu robić z takim człowiekiem? — pytał Nilghai.
— Pozostawić go w spokoju. Zły jak osa.
O jedenastej dało się słyszeć stukanie do drzwi.
— Czy Nilghai jest jeszcze u ciebie? — zabrzmiał głos z zewnątrz.
— Tak.
— A więc powiedz mu, że całą tę swoją czczą gadaninę mógł streścić w jednym epigramacie: „Wolny tylko zna kajdany, niewolnik