Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bessie, zrobiwszy staranne poszukiwania w pokoju tego ostatniego, powróciła z pękiem skandalicznie podartych skarpetek.
— Trochę poceruję tu — objaśniła, — a resztę zabiorę do domu. Odkąd mi pan płaci tak dobrze, siedzę sobie jak wielka dama w pokoju i nawet się nie zadaję z innemi. Lubię to; gdy która przyjdzie, zatrzaskuję jej drzwi przed nosem; może kląć i wymyślać mi, ale przez dziurkę od klucza. Śpiewam sobie i naprawiam skarpetki pana Torpenhow’a. Ale też zdarte, Boże święty!... nie podobna dziur tych niczem zapakować!
— Ani trzy suwereny na tydzień, ani przyjemność długich godzin, spędzanych w mem towarzystwie, nie podsunęły jej nigdy myśli reparowania mych rzeczy — dumał malarz. — Torpenhow’a nie widuje wcale; co najwyżej, kiwnie on jej głową na schodach, i oto ma wszystkie skarpetki pocerowane. Nie, doprawdy, Bessie jest na pewnych punktach uosobieniem kobiecości.
Drwiące jego spojrzenie skierowało się ku dziewczynie, którą, jak to przewidywał, wygodne życie i odpoczynek zmieniły do niepoznania.
— Czemu pan tak na mnie patrzy? — rzuciła szybko. — Co ja złego zrobiłam? Och, jaki