Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zachodnią miasta. — No, a teraz ciekawa rzecz, co ja dalej zrobię?
Domy ciasne, przepełnione, żadnej na pytanie to nie dały odpowiedzi. Dick patrzył ciekawie na długą, pozbawioną światła ulicę i żywy jej ruch handlowy.
— Poczekajcie — mówił, zwracając się do kilku wspanialszych kamienic, stojących nieco na uboczu. — Poczekajcie, przyjdzie i na was kolej. Będziecie musiały jeszcze dostarczać mi całego szeregu lokajów i służebnych, starać się o królewskie skarby dla mnie.
Cmoknął wymownie ustami.
— Nie lękajcie się — ciągnął. — Postaram się tymczasem o ubranie i buty dość mocne, abym was nimi mógł kopnąć z całej siły.
Illustrując słowa, machnął nogą i spostrzegł... potężną dziurę w kamaszu. Cały bok pękł wzdłuż podeszwy. Dick zatrzymał się, aby obejrzeć szkodę; w tejże jednak chwili przechodzień jakiś zepchnął go w sam rynsztok.
— Bardzo dobrze — powiedział sobie. — Jedna to jeszcze kreska w rachunku. Przyjdzie i na mnie kolej; będę i ja was spychał do rynsztoka.
Mocne obuwie i porządne suknie nie są rzeczą tanią. Dick, wychodząc z ostatniego magazynu, spostrzegł, iż, obok przyzwoitego