Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/356

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy muły twoje są już tutaj? — zabrzmiał mu nad głową głos jakiś szorstki.
— Posłałem po nie właśnie mego pomocnika. Co prawda, chory dziś jestem trochę i nie widzę nic prawie.
— O, na Jowisza! to źle! Idź do szpitala na czas jakiś, inaczej możesz skończyć ślepotą. Sam już to przechodziłem, radzę też nie żartować z oczami.
— Dziękuję. O której odchodzi pociąg?
— O szóstej. Na przejście zaś tych siedmiu mil angielskich potrzebuje całej godziny.
— Czy przychodzi do utarczek z krajowcami?
— Co drugi dzień przynajmniej. Ponieważ ja właśnie prowadzę lokomotywę, więc znam się z tem dobrze. Wagony przychodzą często puste do Tanai.
— Dużo naszych tam stoi?
— Nie... Główny korpus rozłożono o trzydzieści do czterdziestu wiorst dalej, wśród piekielnie suchej i upalnej okolicy. Obóz w Tanai dostarcza mu właśnie żywności i osłania go poniekąd.
— Więc przestrzeń między Tanai a wojskiem angielskiem spokojna jest zupełnie?
— Mniej więcej. Nie radziłbym jednak nikomu puszczać się tam samotnie. Idzie na-