Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Człowiek zdrowy, jak ja, nie wie, że ma wątrobę. Jestem po prostu rozstrojony trochę. Coś mi tam świdruje w duszy.
— Człowiek zdrowy naprawdę nie wie, że ma duszę. Skąd ci przyszły takie zbytkowne dociekania?
— Z powietrza pewno. Czy nie pamiętasz, kto to napisał, że jesteśmy wszyscy wyspami kłamstwa, rozrzuconemi na morzu nieporozumień?
— Kimby on nie był, miał racyę, co do nas przynajmniej. Morze nieporozumień tylko to rzecz zbyteczna. Wątpię, Dick’u, abyśmy dwaj mogli nie zrozumieć się wzajemnie.
Milczenie zaległo pracownię. Kłęby błękitnego dymu, dosięgnąwszy sufitu, zaczęły z wolna zniżać się ku dołowi. Torpenhow, zapatrzony w nie, rzucił z nienacka:
— Dick’u, czy to o kobietę chodzi?
— Bodajś się powiesił, jeżeli mi kobieta przez myśl chociaż przeszła! Spróbuj raz jeszcze przemówić w ten sposób, a wiesz, co zrobię? Oto, wynająwszy typową pracownię, z czerwonej cegły, z białemi, olejno malowanemi ozdobami, z doniczkami begonii, petunii i palm tanich o trzech liściach, przeniosę tam moje obrazy. Każę je oprawić w ramy z pluszu błękitnego, porozstawiam malowniczo i sproszę