Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie wiedzą nawet, co ich przykuwa, co wzrusza; nie pojmują, czemu oczy ich rozszerzają się, a usta otwierają z zachwytem. Ale ja rozumiem przyczynę tego wrażenia i dumny jestem z pracy, która tłumy elektryzować potrafi.
— Nie dziwię się twej dumie. Boże, cóż to za rozkosz podobne powodzenie!...
— Alboż mało napracowałem się na nie? O, ty nie wiesz, ile chwila ta wynagradza lat pracy ciężkiej a mozolnej.
— Warto walczyć dla takiego tryumfu. Powiedz mi, jak je zdobyłeś?
Wrócili do parku i tu dopiero Dick, puściwszy wodze wymowie, przesunął przed jej oczami całe dzieje dotychczasowej swej działalności, dzieje, opowiadane z arogancyą i przechwałkami, do jakich wobec kobiety skłonnym jest każdy młody mężczyzna. W ciągu sprawozdania tego ja, ja i ja przesuwało się ciągle przed Maisie, jak słupy telegraficzne przed oczami podróżnego, patrzącego w okna wagonu.
Dziewczę, słuchając, kiwało tylko główką od czasu do czasu. Historya przecierpianej biedy, szczegóły głodowych męczarni nie wzruszały Maisie ani na chwilę. Uwaga jej wzrastała wtedy tylko, gdy Dick dodawał przy końcu każdego okresu: